IGF

Strona :« 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 Zobacz wszystkie»

PAFNUCY
Od Gruszczyńskiego przychodzę.
REGIMENTARZ
A Gruszczyński?
PAFNUCY
Pozostał na drodze.
REGIMENTARZ
Powiedz wszystko i bądź z nami otwarty –
Tobie z oczów nieszczęście wyziera. –
Umarł starzec? czy umiera?
Czy przez chłopstwo gdzie w sztuki rozdarty?
PAFNUCY
Jasny panie, posłuchaj cierpliwie,
A uderzę ci chrapliwie
(Tak, że zadrzy serce mężne)
W nieszczęcia trąby mosiężne.
Wczoraj, panie, po twym liście
Otrzymanym, starzec biały
Ruszył się jak lew ogniście
Gotów targać świat w kawały.
„Co, ja tchórz?” – krzyczał – „ja, stary
Rotmistrz służący za Sasów?
Mnie każą wychodzić z lasów?
W twarzy i w gestach regimentarza widać zadziwienie.
Ciągnąć przez lochy i jary?
Gdzie ledwie węże się toczą
Po kwiatach wstążką błękitną?
Gdzie rzezunie nas otoczą,
Z gór wystrzelają, w pień wytną
I głowy nasze na tykach
Postawią żonom przed oczy?” –
Tak krzyczał; a na uboczy
Przy gwiazdach, wielkich świecznikach
Srebrnych, które ogonami
W niebie wisiały nad nami,
Zwierzyć się przede mną szukał
Z omenów; jak mu do dworku
Po trzykroć Chrystus zapukał
We drzwi, dwakroć we śnie zastał,
A raz zastał na paciorku;
Tak że po stukaniu nastał
Wielki strach; i czeladź cała,
Matka, nawet dzieci drobne,
Owo stuknięcie żałobne,
Groźne, po którym nastała
Cisza w domu i na dworze,
Wzięli za stuknięcie Boże.
„Jakoż” – mówił do mnie stary –
„Była to dla mnie nauka.
Abym poszedł pod sztandary,
Bo Pan do drzwi moich puka.
Pokazuje w kraju łodzi
Tonące ludzie w rozpaczy;
I sam w domek zajrzeć raczy,
Sam po rycerza przychodzi”.
„Jakoż” – mówił – „mam ufanie,
Że na werbunku nie zginę”.
To, jaśnie wielmożny panie,
Z jego ust słyszałem wczora.
Potem swoją mi dziewczynę,
Służkę u twojego dwora,
Polecił: – i wnet z lewady
Pod rosę i księżyc blady
Ruszyliśmy czyniąc pilny
Marsz, ażebyśmy o wschodzie
Przeszli cicho jar mohilny
I o Irdynieckim brodzie
Zachwycić mogli gdzie wieści. –
Rano… (ach, panie! w boleści
Mówić nie mogę!) nad rankiem,
Pod brzóz już ostatnich wiankiem
Jeszcze się zatrzymał stary,
Jeszcze mi tam swoje mary,
Swoje sny i wizje chore
Oraz starca Wernyhorę
Z wróżbą o dwóch chorągiewkach
Przypomniał. A w leśnych drzewkach
Był dziwny z powieścią związek,
Jakieś szeptanie gałązek,
Szmery stłumione półgłośne;
Jakby śpiewania żałosne,
Przez duchy tych drzew czynione
Na kwietnym lewad wybrzeżu;
Jakby po starym rycerzu
Jakieś głosy utęsknione,
(Które jeszcze w uchu słyszę)
Radzące staremu na ciszę
I spoczynek. – Wtem z rozłogów
Podniosło się słońce złote,
Na kształt Mojżeszowych rogów
Ubrane w ogniste słupy;
I wiodło nas na robotę
Mieczową, którą już kupy
Kawek i wron, i szulaków,
Zwite koło naszych znaków
Czarną koroną piekielną,
Okrakały za śmiertelną.
Rota za rotą sprawieni,
Wszyscy dobrzy przyjaciele,
Jechaliśmy – on na czele
Z chorągwią – i w jar ów głuchy,
Pełny deszczowych strumieni,
A po ścianach czarny, sucy,
Bokami słońcu zakryty,
Wjechaliśmy, tak że słońce
Ozłociło nasze kity
I same sztandarów końce:
A ciemność, jaka w kościołach
Panuje, grobowej bliska,
Na naszych leżała czołach,
Gdyśmy przez te uroczyska
Ciągnęli, żując myśli surowe;
I tylko kopyt iskrzyska,
Gdyśmy podkowa w podkowę
Za naszym wodzem lecieli,
Albo blask od karabeli
Swoje ognie piorunowe
Na ciemne jary te kładły;
Jakby tam furie u skały
Z ognistymi prześcieradły
Na nasze ciała czekały,
Tych ludzi. mających ginąć,
Gotowe w płomień owinąć.
Około dziewiątej rano
Przyjechaliśmy nad duże
Serca wód, wielkie kałuże,
Stawek, gdzie nam po kolano
Woda oraz grząskie błoto
Lgnące pętało rumaki.
Tam starzec z chorągwią złotą,
A za nim pomniejsze znaki
Wbrodziły… a wody śpiące
W srebrne się wielkie miesiące
Rozeszły; jakby, o panie!
Niosąc nasze pożegnanie
Ojczyźnie gdzieś stojącej na brzegu…
Bo wtem, nie strzegąc szeregu,
Ładu i żadnej komendy,
Przyszedłszy nie wiedzieć którędy,
Pokazał się lud gruszczyniecki.
Ci się wężowymi stecki
Zlewali z gór na Polaków;
Ci się z jałowcowych krzaków
Ukazali, strasznej cery
Podpiłej – sinozielonej.
Rzekłbyś, że na ziemi onej
Jałowców ciemne ogrojce
Przeradzają się w siekiery,
W noże i w spisy, i w zbójce –
Że te straszne jaru ciemnie
Całe się krwią zarumienią
I wyreżą się wzajemnie,
I w dwie mogiły zamienią –
Że ze srebrnego jeziorka
Zrobi się teatrum nowe,
Na którym śmierć jak aktorka
Swe tragedie purpurowe
Będzie odgrywać w ciemności;
Krwawe sztandary pozwiesza,
Ludzką kość do wilczej kości,
Ciała ludzkie z psimi ciały
Ohydną ręką pomięsza;
I temu, co trupy wskrzesza
A niebios jest gospodarzem,
Takim okropnym cmentarzem
Ta ohydna monarchini,
Mająca świat w panowaniu;
Przy wiekuistym wskrzeszaniu
Litość albo strach uczyni
I horor. – Pierwszy Gruszczyński,
Obejrzawszy gór załogę
I cały lud ukraiński,
Któremu nie mógł podołać,
Kazał długo i na trwogę
Żałośnie w trąby zawołać.
A dotąd nie wiem, na kogo
Wołał – trąb serdeczną trwogą?
I tym tak żałosnym graniem?
Bo mu góry z urąganiem
Odpowiedziały o męstwie
Próżnym, gdzie moc taka wroga! –
Więc sądzę, że Pana Boga
O swoim niebezpieczństwie
Trąbami on zawiadamiał;
Więc sądzę – że pierwej duchy
Na powietrzu gdzieś rozgramiał
I bił o anielskie słuchy,
I był w niebie, nim na świat powrócił,
Porwał sztandar i na wrogi się rzucił.
I z białą głową odkrytą
Leciał gnany naszym gwarem
I krzykiem – (a nie słowiczy
To głos, kiedy szlachta krzyczy
Pędząc zbrojna do ataku!)
Już wódz na czele orszaku
Dobył się z grząskiego błota;
Już koń się na brzegu wspinał,
Już chorągiew wielka złota
Burczała, już rąbać zaczynał
I powietrze już zarzynał
Jęczące od szabli zamachu;
Wtem stanął i bladość strachu
Twarz mu oblała i rosła,
Z ust próżne wypadły dźwięki,
Sztandar złoty wypadł z ręki,
Miecz na tasiemce zawisnął;
A krew, co się wprzód podniosła,
Tak że rumieniec wytrysnął,
Wróciła trwożna do łona, –
I bladość straszna, zielona,
Bladość, co nigdy na Lachu
Nie występuje – ohydna!
Bladość, która w nocy widna
Na złodzieju, bladość strachu
Zielona i ołowiana; –
Pierwszy raz wtenczas widziana
Przez mnie na polskiej twarzy,
Przeraziła nas husarzy,
I mróz nam przeszedł przez kości:
Bośmy się zlękli bladości
Takiej czarnej, ołowianej,
Na twarzy wodza widzianej.
Bo ta przy srebrnym warkoczu
Twarz biała jak u komety,
Bo w twarzy te węgle oczu,
W oczach te wzroku sztylety,
I krwią, i ogniem czerwone,
Gdzieś na powietrzu utkwione,
Wylatujące z rozłogu,
Gdzieś utkwione – jakby w Bogu –
Dziś widzę…
Teraz was proszę
Jeszcze o chwilę cierpliwą:
Bo starca pałasz przynoszę;
Więc słowy wszczepić muszę
Jego mścicielowi w duszę.
Niech tego ojca obraza
Przejdzie w serce, w dłoń człowieka;
Niech ten kawałek żelaza,
Który rdza wieków powleka,
Znajdzie tu ręce gorące;
I niech te umierające
Stare tureckie turkusy,
Gdy je polskie ręce chwycą,
Znów swe oczy rozbłękicą;
Niech tej klingi kolor rusy,
Gdy nią człowiek krzyż uczyni,
Znów swoją twarz rozrubini
Jak piorun polskich pałaszy
I świat krzyżem czerwonym przestraszy.