IGF

Strona :« 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 Zobacz wszystkie»

REGIMENTARZ
Zawiesiłeś nas ciekawych
Nad przepaścią pełną strachu
I widm jak upiory krwawych.
PAFNUCY
Mówiłem wam, że w zamachu
Szabli, lecąc od gromady,
Starzec stanął – stał się blady,
Głuchy, jakby skamieniony;
Wysoko gdzieś zapatrzony
Jak na kruki, jak na wrony,
Na słońce i na niebiosa,
Na anioły i na Boga.
A na niego szedł las wroga,
Gromada spis złotowłosa;
Las niby jakiś bez liści,
Który słońce rozogniści
I na wierchołkach oświeci;
Las w śrzodku pełny zamieci,
Od mgieł zawiany posępnych;
Las tajemnic niedostępnych,
Z girlandą ognia na głowie;
A w tej girlandzie, o Boże!
Słuchajcie, mości panowie!
I dajcie też Wernyhorze
Świadectwo, że widzi, co gada. –
Pośród spis dwoje główeczek,
Jedna i druga tak blada;
A tak utkwione na tyce,
Że z tych dwojga dzieciąteczek
Były dwie płonące świece
I dwa umarłe księżyce
Śród straszliwego ogrojca; –
Dwie główki ścięte po szyje
Szły prosto, prosto na ojca;
Jakby wiosenne lilije
Na krwawym zabójcy grobie; –
Zda się ucieszone obie
Tym wielkim egzaltowaniem,
Tym powietrznym mogilnikiem,
Tą wolnością i lataniem;
Tym żelazem, co w nie tonął
I z główek wyszedł ognikiem,
I palił się na wietrze, i płonął
Jako świętych serduszek oferta. –
Kto wam to lepiej naczerta,
Nie wiem?… do ojca szły ręki,
Niby żebrać o niebieskie zasiłki,
A ja sądzę, że mogiłki
Prosiły go i trumienki…
Lecz on! – gdy te dziatki ścięte
Ujrzał… i te spis wierzchołki!
I wprzód pomyślał: – aniołki!
A potem: – że wniebowzięte,
A potem: – że już zarznięte,
Pomyślał – to, mości panowie,
Włos mu biały wstał na głowie;
W zupełne wpadł obłąkanie;
Pokazał na te świeczniki,
Ręką nam pokazał na nie:
I beknął: „Moje chłopczyki” –
I nic nie mógł mówić więcej,
Bo w usta mu sto tysięcy
Pereł upadło. – A wtedy
Jeden z nas krzyknął: „Mospanie!
Na potem domowe biedy!
Na potem po dziatkach płakanie!
Teraz wrogom stawmy czoło,
Nim otoczą nas wokoło
I wytną na tej moczarze…”
To rzekł ów głos, a zaś starzy husarze
Pewni byli, że im zemstę poruczy.
Ale starze, cały w gniewie,
Krzyknął: „ Któż to mię tu uczy?
Czy to wasz komendant nie wie,
Skąd mu brać w rozpaczy radę?
Oto mój tu pałasz kładę” –
Rzekł i rzucił ten miecz goły –
„Tu mi stać, bo ja pojadę
Po dziatek moich popioły,
Po te krwawe jarzębiny
I po domowe nowiny.
Choćbym miał przed moje chłopy
Rzucić się, lizać im stopy,
To wyproszę je od krzyża,
Te główki, które wiatr piecze;
Wszakże to resztki człowiecze!
Których świętościom ubliża
Pogrzeb taki bez szacunku,
Takie urąganie z ciałek;
Taki mięsiwa kawałek,
Ten z boskiego wizerunku
Łachman zatknięty na dzidę
I na strach pokazywany,
Oczom ludzkim na ohydę,
Berberysem krwi skapany,
Którego kruk Kozakom zazdrości”. –
To rzekł i pełen żałości
Pojechał – i wnet go czernie
Oblazły wkoło jak mrówki.
Z giestu widać, że nieźmiernie,
O swoje maleńkie główki
Starzec prosząc spuścił z tonu;
Z giestu widać i z pokłonu,
Że pokorę wielką kłamał;
Że zupełnie się tam złamał
Ów szlachcic pod ręką Bożą.
Podjechałem wtenczas bliżej
I słyszałem, że go trwożą
Główek tych niezdjęciem z krzyży
I pogrzebem ich nieświętym;
O domie mówią wyrżniętym,
O krwi, mordach, o płomieniu;
Nareszcie o żony zlężeniu
I o powiciu szczenięcia.
Wtenczas rękę jak do cięcia
Podniósł z miecza obnażony;
I cały wstydem czerwony –
Bo i starość ma wstyd swój dziewiczy
I pudorem się różanym maluje,
Gdy kto świętość jej roztajemniczy –
Krzyknął: „Hycle! pomorduję!
Wytnę w pień! szelmy! gadziny!
I nieba fundament siny
Krwią czarną waszą zamażę!
Gdzie szabla? gdzie moi husarze?” –
Krzyknął obłąkany cały;
Obejrzał się… i stał się biały
Jak trup – łzawić się zaczął i ślinić,
I ogłupiał, i nie wiedział, co czynić.
Wtenczas jeden sotnik stary
Rzekł do niego: „Hej, Lachu i kumie!
Wydaj rozkaz, szczob tyje huzary
Ze szkap zlazły taj w jeziorka się szumie
Nie kąpały, a na łaskę zdały się”. –
Słysząc to oczy tygrysie,
Jasne starzec w chłopy wlepił
I oczyma ich oślepił
Jakby słońcami tej ziemi;
Słońcami obłąkanemi
We krwi, w płomieniach i w grozie,
I rzekł: „Więc mię na powrozie
Jak psa, pany gospodarze,
Wiedźcie przed moje husarze,
Gotowe niosąc siekiery.
A jako znacie, żem szczery,
Tak i przed śmiercią nie zdradzę;
A wam szlachtę tu sprowadzę
I pod siekierami będę
Ostatnią dawał komendę”.
To rzekł: – a jemu pod boki
Włożywszy mordercze piki,
Tak że zdawał się wysoki
Jako dawne męczenniki,
Jak Chrystusowe sztandary
Zbliżać się ku nam ów stary;
Chłopstwo go tak, pewne zdrady,
Wiodło przed własne szeregi.
Ale oczy, nasze szpiegi,
Poznały, że starzec blady
Z chłopstwem się czarnym nie kuma,
Ale żywota ostatki,
Swój dwór wyrżnięty i dziatki
Bogu na ofiarę składa;
I sam też o palmach duma,
Lecz męczeńskich – o czym chłopstwa gromada
Nie wiedziała, nie znając Jezusa.
Jakoż śród tych dzid obrusa,
Jak na chuście Magdaleny,
Słońce jasne, jego głowa
Spokojna, a purpurowa
Od męki cierniów serdecznych;
Jakoby w kręgach słonecznych
Dziś mi przed oczyma staje.
Dał znak, by ucichły zgraje,
I zamodlił się sam w sobie. –
Nagle! w tym sercu, w tym grobie
Całej nieszczęsnej rodziny!
Jakieś głosy wielkie, mężne,
Jakoby trąby mosiężne
Z Jozafatowej doliny
Zagrały… i będzie słynąć
Ta komenda, w okropnym parowie
Zatrąbiona: „Mościwi panowie” –
Wrzasnął – „za ojczyznę ginąć!
Ja trup!” – To nam starzec krzyknął
Jakby groźna trąba sądna,
I okrwawił się, i z oczu nam zniknął.
I zaczęła się walka nierządna,
Bośmy z furią szatańską mścicieli
We łzach ślepi i na oślep lecieli.