Słowacki
Juliusz Słowacki - książki online
Strona :« 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 Zobacz wszystkie»
SAWA
Dawno już, mości panowie,
Od Drewiczam się nauczył
Podstępów, różnych maskarad.
Więc i teraz, z tym wertepem
Na plecach, udając diaczka,
Takem dobrze odgrał rolę,
Że jedno tylko sokole
Oczy na mnie się poznały. –
Skoro tylko pociemniały
Czarne lipy nad cerkiewką,
Wszedłem na wał raźnie, krewko,
Na wał, gdzie przy kołowrocie
Dawniej żebrak lub cyganka
Siedzieli… a dziś w ciemnocie
Straszna krwi hospodarzanka,
Rzeź czerwona, stoi w dymie
Pędzonym od Zaporożów. –
Bo te zbrodnie tak olbrzymie,
Ta góra węży i nożów,
Nożów, które w Boga imię
Poświęcona śród rozruchów
Mają zaciętą naturę
I okropną świętość duchów;
Bo ten – który mogił górę
Olśnia, lecz nie wypogodzi,
Księżyc… i sam przestrach czuje,
Bo z jednego trupa schodzi
I na drugiego wstępuje;
Bo jedną porzuci głowę
I zdejmie z niej białe skrzydło,
I znów drugie koralowe
Odkrywa we krwi straszydło,
Gdzie w ranach jak ślepy brodzi: –
Wszystko to na myśl nawodzi
Tę marę wpół obłąkaną,
Niegdyś przed rzezią widzianą
Na cmentarzach i kurhanach,
W ludzkich ślinach i psich pianach,
I zgniliznach, i w zamachu,
I w zgrzytaniach, i w tęsknotach,
Bo przy ukraińskim strachu
Zawsze w miesięcznych pozłotach
Stoi smutek – w sercu boli
I myśl puszcza w lot sokoli. –
Z takim to smutkiem, a zręczne
Oczy posławszy za szpiegi
Na ciemne wzgórze miesięczne
I krwią zroszone mogiły,
Aby mi tam wypatrzyły
Na razie ratunku brzegi:
Wszedłem, strachu będąc blisko,
Na te ciemne uroczysko
Z krzyżami – i tam ujrzałem,
Że pomiędzy żywym ciałem
Niektóre resztki z krwawników,
Ciała smętne nieboszczyków
Leżały, a w oczach próżnych
Nie tylko że brakło życie,
Lecz na miesiąca odbicie
Nie było szkieł, więc się blaski
Po krwawnikach gdzieś kałużnych
Błąkały i szły w roztrzaski,
W garście złota, w kwiaty cudu,
Które pewnie wzroki ludu,
Co na krwi kałużach wiszą,
Obłąkane strachu snami,
Nazwą krwi tulipanami
I rusałkom je przypiszą,
Widząc kwitnące śród cieni…
Wszedłszy tam, gdzie mgła jesieni
Mży, a liść lipowy cięży
I na miejscowych strunach
Kładzie swoje czarne plamy;
Gdzie gałęzie jak kłąb węży
Lecących z piekielnej bramy,
Matki przy synach ksykunach
Zatrzymały się i leżą
Na ogniach jak na piorunach,
Panując nad horodyszczą;
A patrzą, gdzie żądłem uderzą,
I na serce trupów świszczą;
Spostrzegłem drugi ponury
Tłum, co śmierci się spodziewa.
A czasami jeniec który
Odetchnie śmierci ciężarem,
A czasem który zaśpiewa,
A czasem jęknie nad żarem;
Albo ci nagle spod nogi
Zawoła kamień czerwony:
„Ratuj, Panie Jezu drogi!”
A drugi: „Bądź pochwalony!”
I tak to robactwo w próchnie
Szepce; aż z krwawych rozcieków
Straszniejsza głowa wybuchnie
I krzyknie: „Na wieki wieków!”
I wszystko na chwilę uciszy.
Tam śród pjanych towarzyszy
(Miałem go prawie pod ręką)
Twój sługa siedział Tymenko,
Skarząc się chrapliwie z gardła
Jak człowiek, co ma suchoty:
Że małżonka mu umarła,
Że go z tą czernią kłopoty
Już do syta udręczyły,
Że ot – wyjdzie na mogiły,
Każe rżnąć obywateli,
Krwawym się przypatrzy pluchom;
A potem na vivat duchom
I diabłom w łeb sobie strzeli;
I kopnąwszy o płomienie
Jak szatan światem pomiota.
Spojrzałem: a odurzenie
I niepamięć, i zgryzota,
Żył posiniałych napięcie,
Owo straszne przedsięwzięcie
Pisały na jego twarzy…
Wtenczas ja, mając na straży
I pieczy jeńców żywoty,
Teatr mój łojówką złoty
Na srebrnej kuhanów darni
Odkryłem, mości panowie.
I na ciemnych mogił głowie
Zjawiłem w mojej latarni
To, o czym, jak wiecie sami,
Śni się nam pod mogiłami.
I tak to Betlejem złote,
Oświecone… gwiazdą było
Rozlewającą tęsknotę,
Słońcem myśli zakrwawionych:
Bo niektórym o domach mówiło,
O dzieciąteczkach straconych,
O śpiewanych gdzieś kolędach
I o tych żywota błędach,
Co dopiero przed śmiercią są widne.
Wtem, o panie, na ohydne
Cmentarze i uroczyska,
Pod ciemne lip wężowiska,
Od kurhanów na kurhany –
Wiodąc świateł złotych roje,
Przez miesiąca ołowiany
Blask – sunąc chorągwi tęcze,
Na wieczności gdzieś pokoje
Snujący złote obręcze
Wąż – pogrzeb wioszczany lichy,
Pachnący czarnym jałowcem,
Wszedł i rzucił nad grobowcem
Trumienkę, beż żadnej pychy,
Ale ubraną w kielichy
Narcysowe i w konwaliowe;
Jasną – bo w niej anielica,
Ubrana jak na batalie
Z piekłem, w słonecznoście lica
I w niewinności ubiory,
I w te ostatnie kolory
Śmiertelnej podobne zorzy,
W ostatni rumieniec przedboży,
Leżała.
A skoro mary
Wstąpiły na cmentarzysko,
Ruszył się Gruszczyński stary,
Prawdziwe dla mnie zjawisko
Krwawego spod grobu trupa,
Za którym czarna wron kupa
Upędza się, goni i wrzeszczy.
Przybiegł: obaczył te mary
I – jak dąb, co w sobie zatrzeszczy,
Powieje liścia sztandary,
Pokłoni się światu – i runie:
Tak on na tej białej trunie,
Gniotąc narcysowe pączki,
Leżał głową powalony
Na obrazek umarłej i rączki.
Z drugiej strony zaś syn twój szalony
Z równą zdaje się żałością
Przybliżał się z trupią kością,
Białą, w ręku podniesioną;
I z taką twarzą szaloną,
Że strach nam serca zamroził;
Bo zdało się, że obłokom
Gwiazdom, latającym smokom,
Chimerom, aniołom groził;
Że oczyma niebo ranił
I tą kością szatanom hetmanił.
Nie wiedziałem, co wszystko to znaczy.
Aż twój syn padł na kolana
I w piekielnika rozpaczy
Zaczął siebie sam przeklinać.
”Dajcie” – krzyknął – „nóż starcowi!
Jeśli kto tu ma zarzynać?
Jeśli wy zarżnąć gotowi
I oblać się juchą krwawą?
To on większe ma tu prawo
Mścić się – bom uwiodł mu dziecko
I to dzieciąteczko cudze
Darowałem memu słudze,
Zrobiłem córką zbójecką;
Tak że ją rozpacz rozdarła,
I oto leży umarła,
Jasna jak zwiędłe lilije,
Ludowi temu w podziwie.
Niechaj starzec mnie zabije,
A uczyni sprawiedliwie.
Puśćcie! proszę was z litości.
Jeśli nie chcecie dać noża?
Ja mu pożyczę tej kości,
I będzie jak ręka Boża,
Którą ja zgonem uświęcę,
Jak dłoń Boża w ojca ręce,
Jak grom”. – Tu przerwał Gruszczyński,
Równie zdając się szalony:
„Co to za szatan czerwony” –
Krzyknął – „ów człowiek przede mną?
Czy jaki duch ukraiński?
Z szatą gwiaździstą i ciemną,
Który mi tu płakać broni?
I stoi z piorunem w dłoni?
Z włosów swych uczynił gady,
Grożąc mojej córce bladej,
Która jest aniołów panią;
I nie daje mi iść za nią,
Sił ostatecznych pozbawia,
I krzyżem drogę zastawia; –
O! bo tam krzyż z wielką gwiazdą” –
Krzyknął biorąc nas za świadki –
„Na nim pelikana gniazdo
Karmiącego krwią swe dziatki;
A z Chrystusa krew wytryska
Coraz jaśniejsza i bledsza,
Aniołkowi śród powietrza
Lejąca się w puchar złoty.
O! Chrystus i różne zjawiska
Jawią mi się śród ciemnoty,
I przejęty jestem trwogą; –
Ja nie mogę zabijać nikogo”. –
Tu mu głos twojego syna
Przerwał: „Jeśli widzisz Pana?
To Pan mię pewno przeklina;
Bo dusza zaturbowana
W oczach moich teraz stoi
I nie widzi, i Boga się boi”.
Tak ci gadali do siebie
Przez trumienkę otworzoną,
Gdzie z narcysową koroną,
Będąca na swym pogrzebie,
Srebrna dusza pewnie onych
Mów się przelękła szalonych
I od takiej świata lutni,
I od takich męki krzyży
Uciekała coraz smutniej,
Uciekała coraz wyżej…
I nie mogłem się obronić,
Aby nad nią łez ronić,
Nie zatrzymać w myśli rysów,
Nie żałować tych narcyzów…
Co się z tymi ludźmi stało
Dalej? panie, nie wiem wcale,
Bo mię jeden z brodą białą
Dziad, w wielkim duchu i szale,
Uderzył tam po ramieniu
I nazwawszy po imieniu
Odwiódł od umarłej dziewki
I od obłąkanych ludzi
Do jednej pustej cerkiewki,
Gdzie – co mówił – to wam uszy utrudzi,
Bo wy gadek nie znacie stepowych.
REGIMENTARZ
Ach rzeczy piekielnie nowych
Powieść twoja pełna, Sawo –
Mój syn z tą kością plugawą?
Mój syn, mówisz, waryjatem?
A starzec nie chciał być katem,
Pomnący na pokrewieństwo
Przyjaźni, co nas łączyła;
A może też przez szaleństwo,
A może wzgarda to była
W szatę szaleństwa ubrana,
Ach! i tak zamaskowana
Zdała się tobie wariacją?
Ach! przed tym okopem klęczę
Klęka
Jak przed kalwaryjską stacją
I do Pana mego jęczę
W ufności i w krwawym żalu.
Mogiło! krwawy koralu!
Krwią mego dziecka oblana!
Patronuj za mną do Pana!
Przemów krwi modlitwą ciemną!
Niech się zlituje nade mną!
Cóż to jest?… Ktoś na okopach?
Pokazuje się na okopie w powietrzu mglistym Gruszczyńskiego Duch.